Rajd Jesienny 2009
Tegoroczny Rajd Jesienny Redemptora zapowiadał się rekordowo pod względem frekwencji – udział w nim miało wziąć aż 40 osób! Stopniowo jednak chętni rezygnowali z różnych powodów, tak że ostatecznie na wrocławskim dworcu PKS w sobotni poranek 14 listopada zjawiło się 27 rajdowiczów.
Przygody zaczęły się zanim w ogóle rozpoczęliśmy wędrówkę. Mianowicie podstawiono zbyt mały (38-osobowy) autobus i kierowca nie chciał wpuścić tej części rajdowiczów, dla których nie starczyło miejsc siedzących! Po dyskusji i wykonaniu przezeń telefonu do Kogoś Ważnego (zapewne dyspozytora) zgodził się zabrać wszystkich z zastrzeżeniem, że będziemy stali. Nam to nie przeszkadzało, a raczej byliśmy szczęśliwi, że uda nam się dojechać do Złotoryi.
Po przyjeździe do Legnicy dowiedzieliśmy się, że dalej tym autobusem nie pojedziemy, ponieważ coś tam się grzało i przeciekało w silniku. Mieliśmy czekać ("około godziny") na nowy autobus z Wrocławia. Rozlokowaliśmy się więc w niezbyt ponętnej poczekalni legnickiego dworca autobusowego, a Bober z Kamilem rozłożyli na podłodze karimaty i poszli spać!
Autobus istotnie przyjechał, lecz zanim ruszył, mieliśmy już prawie półtorej godziny spóźnienia... Po opuszczeniu Legnicy na horyzoncie ukazała się Śnieżka i lśniące w słońcu (śnieg!) Karkonosze, a znacznie bliżej widać było Wilczą Górę. Oczywiście okazało się wkrótce, że drogowcy musieli zabrać się za remont odcinka drogi między Legnicą a Złotoryją, w związku z czym pojechaliśmy objazdem. Znów traciliśmy cenne minuty dziennego światła...
Wreszcie dojechaliśmy do Złotoryi. Rajdowicze wysypali się z autobusu, zaczęło się wyciąganie z (niezbyt czystych) luków bagaży. Była godzina 10.25, gdy ruszyliśmy w drogę. Do zachodu słońca pozostało niecałe 5,5 godziny...
Sznur uczestników rajdu ruszył ulicami "Złotego Miasta", budząc zaciekawienie przechodniów. Pod Basztą Kowalską był krótki postój, umożliwiający m.in. zdjęcie kurtek, gdyż robiło się coraz cieplej (co jak co, ale na pogodę nie mogliśmy narzekać). Przemowa na temat Złotoryi musiała zostać mocno skrócona ze względu na brak czasu. Było już wiadome, że nie zdążymy już dojść do "noclegowni" przed zachodem słońca. Pytanie brzmiało – jak długo maszerować będziemy po ciemku?
Ulicą Wojska Polskiego wymaszerowaliśmy z miasta podążając na południe, w kierunku widocznej już jak na dłoni Wilczej Góry. Wkrótce zagłębiliśmy się w las porastający jej zachodnie zbocza, rozpoczynając pierwsze prawdziwe podejście na rajdzie. Tuż po 11 dotarliśmy do doliny Drążnicy, w której znajdowały się trzy pseudokrasowe jaskinie: Wilcza Jama, Niedźwiedzia Jama i Skalny Wodospad. Kto chciał, mógł je obejrzeć, inni woleli odpocząć i zjeść drugie śniadanie. Czas gonił, więc nie mogliśmy zatrzymać się tam na dłużej. Po dawnej niemieckiej ścieżce ze schodkami wydostaliśmy się z doliny i ruszyliśmy skrajem lasu, a następnie na przełaj przez pole do drogi, którą biegł zielony szlak. Z drogi można było podziwiać przepiękną panoramę Pogórza Kaczawskiego z widoczną Ostrzycą Proboszczowicką (najwyższy szczyt), Gór Kaczawskich oraz Karkonoszy z majestatyczną Śnieżką. Okrążając nieodległy wierzchołek Wilczej Góry zeszliśmy do wsi Wilków. Czekał nas tu kolejny asfaltowy odcinek. W południe nieopodal kościoła zmówiliśmy Anioł Pański. Na wschód od Wilkowa ponownie weszliśmy w las. Porzuciliśmy zielony szlak na rzecz czarnego, a następnie weszliśmy na szlak czerwony. Długie i nieco męczące podejście pod Rosochę (465 m n.p.m.) zostało wynagrodzone półgodzinną przerwą "obiadową" na podszczytowej łące. Miejsce to posiadało wybitne walory widokowe. Jedyni turyści (o ile można ich tak nazwać), jakich spotkaliśmy w czasie rajdu, pojawili się właśnie tu. Było to pięciu... motocyklistów, którzy przemknęli obok nas niczym burza.
Po zejściu z Rosochy i przejściu przez wieś Stanisławów ponownie wspięliśmy się na wzgórza. Skręcając to w lewo, to w prawo obchodziliśmy głębokie dolinki rozdzielające poszczególne wzniesienia. Stopniowo zaczynało się robić ciemno. Około 16.30 dotarliśmy pod Górzec (445 m n.p.m.). Wszyscy, którzy mieli jakieś źródła światła, powyciągali je z plecaków, gdyż zmrok ogarnął już ziemię. Zaczynał się nocny etap marszu...
Maszerowanie po ciemku wymagało dużo więcej uwagi, gdyż łatwo było można przeoczyć skręty szlaku (nie najlepiej oznakowanego), wpakować się w błoto lub potknąć o niewidzialne w ciemnościach kamienie. Na skraju Jeżykowa, w miejscu gdzie były wiaty ze stołami i ławkami, był kolejny postój. Właśnie tu wskutek pytań dokonałem obliczeń, ile pozostało nam jeszcze drogi. Moja odpowiedź przeszła do historii rajdu, powtarzana potem wielokrotnie przy podobnych pytaniach: "8 kilometrów, 2 godziny marszu, 3 podejścia" (albo w krótszej wersji – po prostu "dwie godziny" :-) ).
Poruszając się polną drogą między Chełmcem a Myśliborzem, widzieliśmy po lewej światła Jawora. Na odkrytej przestrzeni wiatr mocno dawał się we znaki uczestnikom rajdu.
W Myśliborzu, w którym o dziwo o tej porze działał sklep, był kolejny postój przed czekającym nas podejściem pod Rataj (350 m). Za Ratajem czekało nas wejście na Bazaltową Górę. Drogę podejściową cechowała wyjątkowa błotnistość. Za Bazaltową Górą zatrzymaliśmy się na postój przy wyjątkowo ruchliwej lokalnej drodze. Dochodziła godzina 20. Między aktualnym miejscem naszego pobytu a wsią Grobla, koło której znajdowała się chatka turystyczna "Poganka" (do której zmierzaliśmy), pozostał już tylko jeden szczyt – Radogost. Zanim jednak zaczęliśmy się nań wspinać, trzeba się było wpierw przeprawić przez strumień Paszówka.
Szlak, omijając łukiem wierzchołek Radogosta, wyprowadził nas na dużą otwartą przestrzeń. Potem było już tylko zejście przez las, aż wreszcie w oddali pojawiły się światła. To była Grobla – punkt końcowy na dziś! Do wsi dotarliśmy o godzinie 21.
Przy wiejskiej drodze rajdowicze zatrzymali się i zrzucili bagaże, a ja wraz z Michałem udałem się na poszukiwanie sołtysa, który opiekował się chatką. Poszukiwania zostały uwieńczone powodzeniem i powróciliśmy niebawem z kluczem i rzeczonym sołtysem, który zaprowadził nas do nieodległej chatki. Jej próg przekroczyliśmy o godzinie 21.45 po 11 godzinach i 20 minutach od wyruszenia ze złotoryjskiego dworca PKS!
Rozlokowywanie się w środku, kolacja i wieczorna toaleta (uproszczona z powodu warunków) trwały dość długo, tak że dopiero po 23 chętni zasiedli do mafii. Odbyły się dwie rundy, z których ostatnia skończyła się ok. 2 w nocy.
Część osób spała na piętrze, a część na parterze chatki. Na zimno nie można było narzekać – dzięki paleniu w kominku było bardzo ciepło.
Ranek 15 listopada powitał nas ładną pogodą. Po śniadaniu, pakowaniu, zamknięciu chatki i pamiątkowym zdjęciu przed nią ruszyliśmy do pobliskiego kościoła na 8.30 na Mszę. Z niejakim zdziwieniem z naszej strony zostaliśmy tam powitani przez proboszcza jako... pielgrzymka rowerowa. Dopiero po Eucharystii mogliśmy mu wytłumaczyć, że to nie do końca tak :-) W Grobli zakończyli udział w rajdzie Olga z Markiem, którzy dzięki uprzejmości pewnego kierowcy pojechali do Bolkowa. Zanim opuściliśmy tę wieś, zostaliśmy obdarowani przez jedną z jej mieszkanek jabłkami.
Dalsza droga zawiodła nas do wsi Kwietniki, a następnie przez wzgórze Swarna do zamku Świny. Przed zamkiem podzieliliśmy się na dwie grupy. Ci, którzy chcieli szybciej wracać do Wrocławia (10 osób), pomaszerowali do Bolkowa na przystanek PKS, zaś pozostała piętnastka ruszyła na zwiedzanie zamku. Akurat trwała w nim sesja fotograficzna pary młodej.
Jako, że tego dnia cała trasa liczyła tylko 10 kilometrów, pogoda była naprawdę wspaniała, a nam się specjalnie nie spieszyło, pozostaliśmy na zamku prawie godzinę. Następnie powędrowaliśmy w stronę Bolkowa, gdzie jeszcze zdążyliśmy zastać na przystanku wsiadającą właśnie do autobusu ekipę, z którą rozstaliśmy się przy zamku Świny.
Po zwiedzeniu bolkowskiej warowni piętnastka uczestników rajdu znów się podzieliła – 10 osób pragnęło wracać do Wrocławia autobusem o 14.20, zaś pozostała piątka chciała najpierw zjeść w Bolkowie obiad.
Rajd został zakończony oficjalnie w bolkowskiej pizzerii "Torino" o godzinie 14.29. Potem najwytrwalsza piątka wróciła na przystanek, skąd o 16.10 odjechała autobusem do Wrocławia.
Chciałbym w tym miejscu gorąco podziękować wszystkim uczestnikom rajdu – za obecność i tą niesamowitą rajdową atmosferę. Do zobaczenia znów na szlaku!
PS Na pewno chcielibyście wiedzieć, ile tak naprawdę przeszliśmy w sobotę. Po skrupulatnych obliczeniach wyszło mi, że było to 35 kilometrów.
|